|
Ostatnie wpisy
Tagi
|
Wpisy z tagiem: Moskwa
środa, 18 sierpnia 2010
Powrót
Sobota, 14 sierpnia. O piątej rano pobudka. W Polsce jest 20. w piątek jeszcze. O 7 rano, przy dworcu kolejowym, wsiadamy w autobus na lotnisko. Samolot do Moskwy (Aeroflot, Boeing 737) mamy o 10.20, ale jedziemy z wyprzedzeniem, gdyż jest sobota i mogą być korki, bo podobno dużo ludzi wyjeżdża z miasta.
czwartek, 05 sierpnia 2010
Piątek, 30 lipca
Niestety nie mamy miejsc wszyscy razem. Ma to jednak dobra stronę - szybciej nawiązujemy kontakty ze współpasażerami. Ja mam za sąsiadów 2 dziewczyny - Lilę z Moskwy i Irminę z Tomska. Irmina jest nauczycielką angielskiego. Trzeci współtowarzysz to Artiom, z Moskwy, Pracuje jako ochroniarz.
W wagonie jest sporo nastolatków i w kolejce do toalety poznaje Ninę - ich opiekunkę. Są z Nowosybirska i wracają do domu z wycieczki po Europie - byli między innymi w Paryżu, Wiedniu i w Krakowie. Jedna z dziewczynek nawet opowiada, ze Krąków bardziej jej się podobał niż Paryż :) Rano temperatura w wagonie: 35 stopni. W nocy było trochę chłodniej więc spało się dobrze. Zresztą ja śpię dobrze praktycznie zawsze. Po porannej "toalecie", kawie i śniadaniu, trochę rozmawiamy, potem każdy zajmuje sie sobą: drzemka, czytanie, krzyżówki, karty, zdjęcia. I tak mija nam czas do Kirowa, gdzie zatrzymujemy sie około 14. Mamy 15 minut przerwy. Peron w Kirowie - jak to peron. Pociągi na obydwu torach, a na peronie turyści usiłujący złapać trochę cienia i świeżego powietrza. Można sie sprężyć i skoczyć do sklepu po wodę czy zimne piwo.
Albo po prostu na peronie kupić lody. W taki upał nie chce sie jeść. Poza lodami - kilka straganów z zabawkami i pluszakami, także dużymi. I o dziwo ludzie to kupują.
Jedziemy dalej. Temperatura w wagonie 42 stopni. Nikt nie narzeka, podchodzimy do warunków na spokojnie. Podroż zdecydowanie dla wytrzymałych. Połowa ludzi śpi, reszta coś podjada lub popija. Kolejny przystanek - Baliezino. Znów 20 minut na peronie. Dużo więcej handlarzy, więcej towaru. Świetna pora na lody, które są rewelacyjne. Udaje mi się również kupić kilka pomidorów, za którymi już się stęskniłam.
Jedziemy dalej, ale jest tak gorąco, że decydujemy się pójść do wagonu restauracyjnego. Ceny wysokie, ale wagon klimatyzowany, więc warto coś zjeść i wypić, żeby przy okazji się schłodzić. Tak mija kolejna godzina. Ostatni przystanek przed wjechaniem do Azji to Perm. Zatrzymujemy sie znów na 20 minut. Jest super, bo w końcu trochę chłodniej. Jedziemy dalej. Mamy plan, żeby doczekać do granicy między Europą i Azją. Będzie to dopiero kolo 3.30, i dotrwają nieliczni (ja nie). W międzyczasie zasiadamy do piwka i ćwiczymy rosyjski ze współtowarzyszami. Gdy brakuje słów, pomagamy sobie po angielsku i francusku. Zaglądają do nas również dzieciaki, porozmawiać trochę. Z czasem imprezka się zmniejsza, zostają nieliczni. Moskwa
Czwartek, 29 lipca. Na lotnisku w Szeremietiewie lądujemy o 9.20. Zadanie na początek - dojechać do dworca jarosławskiego, zostawić bagaże i zarejestrować bilety. Zajmuje nam to w sumie czas do 13. Ruszamy na miasto. Czas mamy do 21. Przede wszystkim jest wściekle gorąco - około 40 stopni w cieniu. W słońcu trudno nawet powiedzieć. Na początek Kreml. Okazuje się, że akurat w czwartki muzeum jest zamknięte. Oglądamy więc fontanny z postaciami z rosyjskich bajek (działają tylko 2 ale i tak ciekawy akcent), załapujemy się na zmianę warty.
Potem - Plac Czerwony, intensywne sesje zdjęciowe, gdzie komu pasuje :) Zdjęcia niestety chwilami niezbyt wyraźne, gdyż w całej Moskwie, ze względu na pożary, jest solidny smog.
i sobór Wasyla Błogosławionego - najbardziej znany symbol Moskwy. Wstęp 200 rubli, zdjęcia 160.
Ponieważ jest gorąco, zwiedzanie idzie nam w zwolnionym tempie. Mamy ochotę cos zjeść i odpocząć w klimatyzowanym pomieszczeniu, więc idziemy do GUMu, bo niedaleko i budynek wart obejrzenia.
GUM robi naprawdę wrażenie. Wystrój, mnóstwo sklepów, galeryjek, styl, itp. Czysto i elegancko. I drogo na pewno. Niestety klimatyzacja nie daje rady i na ostatnim piętrze gdzie jemy obiad jest niewiele chłodniej niż na dworze. Po obiedzie idziemy obejrzeć Sobór Chrystusa Zbawiciela. Wstęp wolny, zakaz fotografowania.
I ostatni punkt, okrojonego ze względu na czas i upał programu, Arbat. Nadkładamy sporo drogi więc na Arbat docieramy zmęczeni, jest około 19. Rozdzielamy się - jest czas na spacer, piwo (150 rubli) i kupno pamiątek. Z tym ostatnim się ograniczamy, bo to dopiero początek podroży, a plecaki wypchane. Po mieście poruszamy się metrem. Niektóre stacje robią wrażenie. Naprawdę.
O 21 wracamy na dworzec, mając nadzieję, że przed załadowaniem się do pociągu znajdziemy łazienkę z prysznicem. Okazuje się, że nie ma czegoś takiego jak prysznic dla podróżnych. Gigantyczny dworzec, trasy dalekobieżne a pryszniców niet. Na całe szczęście nasz pilot załatwia, ze możemy skorzystać z łazienki dla matki z dzieckiem :) Tak niewiele trzeba - szybki prysznic za 150 rubli, pierwszy od 36 godzin. Następny będzie, jak dobrze pójdzie, w Nowosybirsku, czyli w niedzielę. Chwila na ostatnie zakupy (przede wszystkim chleb i woda) i zbieramy się z poczekalni na peron. Do tej pory wszystko przebiegało bez zakłóceń i można się było spodziewać, że jakaś wtopa prędzej czy później się wydarzy. 15 minut przed odjazdem okazuje się, że jeden z kolegów zgubił paszport. Panika, histeria, nerwowe przeszukiwanie bagażu. Jeśli paszportu nie znajdzie - będzie musiał zostać. Zostanie z nim jego kumpel. Lecą do sklepu i pod prysznic, ale dokumentów nie ma. Jesteśmy wszyscy w szoku, że tak łatwo nasze plany mogą lec w gruzach. Do odjazdu zostaje 5 minut i paszport się znajduje, był zagrzebany głęboko w bagażu. Lecimy do pociągu i wsiadamy w ostatniej chwili. W wagonie temperatura 38 stopni i tak będzie co najmniej do północy. Startujemy
Z Warszawy dojeżdżam do Kętrzyna PKSem, gdzie spotyka się cała ekipa. Jedzie nas 7 osób. Pakujemy się do busa i w drogę. Cel: przejście graniczne w Bezledach i potem - lotnisko w Kalliningradzie.
|