Wpisy z tagiem: Siewierobajkalsk

środa, 11 sierpnia 2010
Bajkał

4 sierpnia, środa. Rano pobudka i jedziemy do portu, wsiąść do wodolotu Rakieta 15, do Irkucka. Przez cały dzień przepłyniemy 636 km - pokonamy szerokość geograficzną jak z Kaliningradu do Pragi.

Ponieważ często męczy mnie choroba lokomocyjna, od razu biorę aviomarin i pierwsze godziny rejsu przesypiam. A potem nawiązujemy rozmowę z jednym z podróżnych. Jest z pochodzenia Buriatem, pracuje jako milicjant w Siewierobajkalsku. Częstuje nas wędzoną rybą (Omul), szampanem i kawiorem. Ryb ma cały karton. Dookoła Bajkał, góry, i do tego takie śniadanie. Żyć nie umierać. Ja w rewanżu wyciągam kabanosy z Polski. Bardzo smakują :) Czas płynie nam bardzo fajnie i ciekawie. Co jakiś czas wychodzimy na pokład porobić zdjęcia i chłonąć widoki.

Wieje solidnie i jest chłodno, nie da się więc zbyt długo na zewnątrz wytrzymać. Około 14.30 przybijamy na 5 minut do wyspy Olchon - serca Bajkału.. Kilkanaście osób wysiada, kilka wsiada.

Przy ujściu Angary, koło g. 19 przesiadamy sie do innego wodolotu, którym popłyniemy Angarą do samego Irkucka.

Na miejscu jesteśmy ok 20. Do hostelu jedziemy taksówkami, ale tym razem mamy mniej szczęścia. Wygląda na to, że taksówkarze nieźle nas naciągnęli. 300 rubli za kurs. Trudno.

Już na pierwszy rzut oka widać, że miasto ma swój styl. Dużo starych kamienic i jeszcze starszych drewnianych domów. Właśnie w jednym  z takich domów znajduje się nasz hostel. Warunki dobre, mieszkanie z klimatem.

Po krótkim odświeżeniu się, idziemy przejść się do centrum i na bulwar nad Angarą. Na bulwarze, słysząc polską mowę, podchodzi do nas kilku mężczyzn i zaczynamy rozmawiać. Jeden z nich to Polak z Lodzi, wybiera się następnego dnia samochodem do Magadanu. Jest w towarzystwie Ukraińca ze Stanisławowa i 2 Rosjan.

W drodze do domu zaliczamy sklep spożywczy w którym zaopatrujemy się w miejscowe specjały (kalmary i jakieś ryby) i inne artykuły potrzeb

ne do dobrej imprezy. W końcu następnego dnia nie musimy się rano zrywać, więc możemy trochę pobiesiadować.

 

3 sierpnia, środa

O godz. 6 rano przesiadamy się do wagonu plackartnego. Do Siewierobajkalska mamy 14 godzin jazdy. W Bracku wysiada sporo ludzi, robi się luźniej. Coraz więcej jest pasażerów o azjatyckich rysach twarzy.

Zaczyna ze mną rozmawiać jeden z podróżnych, ale ma bardzo specyficzny akcent i trudno go zrozumieć. Widać, że jest spragniony rozmowy, ale domyślanie się o co mu chodzi jest męczące. Dobrze, że jesteśmy w większej grupie, bo będzie miał z kim rozmawiać, póki nas nie zamęczy. Za oknami monotonny krajobraz - las, głównie brzozowy. Czasem widać wsie ze starymi chatami. Nie ma niestety na razie jak robić zdjęć, bo okna są okropnie brudne i do tego się nie otwierają. No i w wagonie nie ma gniazdka do prądu, więc nie można podładować akumulatora w aparacie.

 

Tak jak w poprzednie dni w pociągu: jemy, śpimy i rozmawiamy. Co jakiś czas są krótkie postoje. W Lenie mamy 30 minut, ale miasteczko ciężko rozczarowuje swoją szpetotą i brudem.

Robimy kilka zdjeć i kupujemy na straganie łagasz (chleb) i jagody - podobne do naszych, ale podłużne. Po spróbowaniu, już w wagonie, okazuje się. że są kwaśne i gorzkawe. Ale jedna z pasażerek uspokaja, że sę bardzo zdrowe, tylko potrzeba do nich cukru. Udaje mi się w końcu otworzyć okno i zrobić kilka zdjęć.

O 20 dojeżdamy do Siewierobajkalska. Taksówkami jedziemy do schroniska.

Pierwsze wrażenie i miasteczka i schroniska bardzo kiepskie. Ale gdy wchodzimy do środka, okazuje się że warunki skromne, ale do przyjęcia: jest kuchnia, łazienka i czekają na nas w końcu normalne łóżka do spania - pierwszy nocleg w łóżku od wyjazdu z domu :)

Po kolacji idziemy rozejrzeć się po mieście. Drugie wrażenie niewiele lepsze od pierwszego: bloki, domki z drewna i dykty, krowy pasące sie na trawniku :) Niby jest czysto, ale miasteczko zaniedbane, taki prowincjonalny syf.

 

 

czwartek, 05 sierpnia 2010
Krasnojarsk

Rano pobudka i wysiadamy w Krasnojarsku. Jest 9 rano czasu miejscowego i mamy czas do 16, kiedy wsiądziemy do pociągu do Siewierobajkalska. Decyduję się na samotne połażenie po mieście.

Najpierw prysznic (tu na dworcu jest specjalna strefa odpoczynku, gdzie za 118 rubli można wziąć prysznic). W drodze na miasto zatrzymuję się w Subwayu na śniadanie i kawę. Trochę pada. Potem tak jak zwykle - spacer przez centrum (w Krasnojarsku sa 3 główne ulice) oraz nad rzekę (tym razem Jenisiej).

Po drodze chcę znaleźć kawiarenkę internetową, ale jedyne miejsce z dostępem do neta to biblioteka publiczna więc sobie daruję. Potem okazało się, że net jest również na głównej poczcie.

Chciałabym obejrzeć miejscowy bazar, ale nie udaje mi się trafić na niego. Jedynie w kilku miejscach handlują owocami, warzywami i ziołami.

Prawdziwego bazaru nie widać. Po sutym obiedzie poprzedniego dnia, postanawiam się dziś ograniczć. Kupuję po prostu 2 brzoskwinie. Ale w drodze powrotnej na dworzec trafiam na bar z soljanką i nie mogę się oprzeć mojej ulubionej zupie :)

Kupuję jeszcze na straganie pomidory i suszome morele z Turkmenistanu i jestem gotowa do drogi. W kolejce przy straganie zaczyna do mnie coś mówić jedna starsza kobieta. Niezbyt rozumiem, więc jej odpowiadam, że nie znam dobrze rosyjskiego. A ona mi na to, że mowię tak płynnie po rosyjsku, że myślała, że to mój ojczysty język:) Widać zrobiłam duży postęp. Faktycznie rozmowy na potoczne tematy nie sprawiają mi problemu, a to dopiero piąty dzień podróży.

O 16 wsiadamy do pociagu do Siewierobajkalska. Pierwsze 12 godzin spędzamy w wagonie sypialnym, część z nas załapuje się na wersję "lux". Oznacza to, że dostajemy ciepły posiłek, pościel i podstawowe przybory podróżne.

Ruszam na poszukiwanie gniazdka z prądem, żeby podładować akumulator w aparacie. Podpinam się do prądu i zaczynamy rozmawiać z "prowadnicą". Pochodzi z Mołdawii, z Kiszyniowa, gdzie byłam w zeszłym roku, więc tematów nie brakuje. Rozmawiamy o życiu w Polsce, Rosji, Mołdawii i na Syberii. Opowiada mi o Tyldzie gdzie mieszka, pokazuje zdjęcia domu, męża i kotów. A ja jej opowiadam, jak dojechać z Tyldy do Paryża, bo bardzo chciałaby się tam wybrać.

Wieczorem mamy postoj w Tajszencie, ale jest ciemno i chłodno. Po kilku minutach na peronie wracam do przedziału.