Wpisy z tagiem: GUM

wtorek, 17 sierpnia 2010
Władywostok - dzień ostatni

Piątek, 13 sierpnia. Dziś ostatni dzień podróży - jutro wracamy. Grupa chce płynąć na jedną z wysp na plażę. Ja sobie odpuszczam. Chwilowo kompletnie nie mam ochoty na jechanie czy płynięcie czymkolwiek. Nie uśmiecha mi się 2,5 godziny w jedną stronę na statku. A poza tym mam niedosyt Władywostoku i chcę się poszwędać jeszcze.

Na początek śpię, aż się wyśpię :) Potem oczywiście śniadanie. Pierwszy punkt programu - wyczytałam w przewodniku Pascala, że w piątki na placu rewolucji rozkłada się miejscowy jarmark, z lokalnymi produktami. No to lecę. A jarmarku ani śladu.

Potem - poszukiwanie kawiarni która serwowałaby dobrą kawę z ekspresu. Śniadania hotelowe są w porządku, ale kawa do kitu. W barach króluje kawa rozpuszczalna, a mi się marzy espresso...

Po jakimś czasie trafiam na bulwar Fokina, i sukces: jest jakaś sieciowa kawiarnia z espresso :)

Miałam w planie byczenie się na miejskiej plaży, ale jest pochmurno. Łażę po mieście i wchodzę do GUMu. Nie zamierzam nic kupować, ale jestem ciekawa tego obiektu. Nie jest łatwo trafić - wchodzi się przez sklep Terranova, który jest na parterze GUMu. W końcu w Terranovej widzę jakieś normalne ciuchy, czyli w takim stylu jaki mniej więcej jest w Warszawie.

W Rosji, a zwłaszcza na wschodzie, obowiązuje taki kanon: intensywny makijaż od samego rana, koniecznie wysokie obcasy, miniówa, i jakieś wzorzyste materiały, błyszczące aplikacje, dużo biżuterii. Sandałki na płaskim obcasie, czy japonki które tego lata są w Wawie bardzo popularne - są tutaj kompletnie nie na miejscu...

GUM przypomina mi trochę Dom Towarowy na Woli, kilkanaście lat temu.Ładna, żeliwna klatka schodowa, ale pomalowana obrzydliwą szarą farbą olejną. Schody marmurowe. Piękne lustra na półpiętrach. Zaduch. Na parterze świetne stoisko z pamiątkami. Wysoka jakość, duży wybór, ceny solidne, ale bez przesady. Na pierwszym piętrze, koło stoiska "towary z Germanii" jest stoisko "towary z Polszy" :)))

Potem jakiś obiad (żywię się tu głównie rybami, których jest dużo, są przepyszne i niezbyt drogie) i poobiednia sjesta.

Wieczorem oczywiście spacer po nadmorskim bulwarze.

 

czwartek, 05 sierpnia 2010
Moskwa

Czwartek, 29 lipca. Na lotnisku w Szeremietiewie lądujemy o 9.20. Zadanie na początek - dojechać do dworca jarosławskiego, zostawić bagaże i zarejestrować bilety. Zajmuje nam to w sumie czas do 13. Ruszamy na miasto. Czas mamy do 21.

Przede wszystkim jest wściekle gorąco - około 40 stopni w cieniu. W słońcu trudno nawet powiedzieć. Na początek Kreml. Okazuje się, że akurat w czwartki muzeum jest zamknięte. Oglądamy więc fontanny z postaciami z rosyjskich bajek (działają tylko 2 ale i tak ciekawy akcent), załapujemy się na zmianę warty.

 

Potem - Plac Czerwony, intensywne sesje zdjęciowe, gdzie komu pasuje :) Zdjęcia niestety chwilami niezbyt wyraźne, gdyż w całej Moskwie, ze względu na pożary, jest solidny smog.

i sobór Wasyla Błogosławionego - najbardziej znany symbol Moskwy. Wstęp 200 rubli, zdjęcia 160.

 

Ponieważ jest gorąco, zwiedzanie idzie nam w zwolnionym tempie. Mamy ochotę cos zjeść i odpocząć w klimatyzowanym pomieszczeniu, więc idziemy do GUMu, bo niedaleko i budynek wart obejrzenia.

 

GUM robi naprawdę wrażenie. Wystrój, mnóstwo sklepów, galeryjek, styl, itp. Czysto i elegancko. I drogo na pewno. Niestety klimatyzacja nie daje rady i na ostatnim piętrze gdzie jemy obiad jest niewiele chłodniej niż na dworze.

Po obiedzie idziemy obejrzeć Sobór Chrystusa Zbawiciela. Wstęp wolny, zakaz fotografowania.

 

I ostatni punkt, okrojonego ze względu na czas i upał programu, Arbat. Nadkładamy sporo drogi więc na Arbat docieramy zmęczeni, jest około 19. Rozdzielamy się - jest czas na spacer, piwo (150 rubli) i kupno pamiątek. Z tym ostatnim się ograniczamy, bo to dopiero początek podroży, a plecaki wypchane.

Po mieście poruszamy się metrem. Niektóre stacje robią wrażenie. Naprawdę.

O 21 wracamy na dworzec, mając nadzieję, że przed załadowaniem się do pociągu znajdziemy łazienkę z prysznicem. Okazuje się, że nie ma czegoś takiego jak prysznic dla podróżnych. Gigantyczny dworzec, trasy dalekobieżne a pryszniców niet. Na całe szczęście nasz pilot załatwia, ze możemy skorzystać z łazienki dla matki z dzieckiem :) Tak niewiele trzeba - szybki prysznic za 150 rubli, pierwszy od 36 godzin. Następny będzie, jak dobrze pójdzie, w Nowosybirsku, czyli w niedzielę.

Chwila na ostatnie zakupy (przede wszystkim chleb i woda) i zbieramy się z poczekalni na peron.

Do tej pory wszystko przebiegało bez zakłóceń i można się było spodziewać, że jakaś wtopa prędzej czy później się wydarzy.

15 minut przed odjazdem okazuje się, że jeden z kolegów zgubił paszport. Panika, histeria, nerwowe przeszukiwanie bagażu.

Jeśli paszportu nie znajdzie - będzie musiał zostać. Zostanie z nim jego kumpel. Lecą do sklepu i pod prysznic, ale dokumentów nie ma. Jesteśmy wszyscy w szoku, że tak łatwo nasze plany mogą lec w gruzach. Do odjazdu zostaje 5 minut i paszport się znajduje, był zagrzebany głęboko w bagażu. Lecimy do pociągu i wsiadamy w ostatniej chwili.

W wagonie temperatura 38 stopni i tak będzie co najmniej do północy.