RSS
środa, 18 sierpnia 2010
Powrót
Sobota, 14 sierpnia. O piątej rano pobudka. W Polsce jest 20. w piątek jeszcze. O 7 rano, przy dworcu kolejowym, wsiadamy w autobus na lotnisko. Samolot do Moskwy (Aeroflot, Boeing 737) mamy o 10.20, ale jedziemy z wyprzedzeniem, gdyż jest sobota i mogą być korki, bo podobno dużo ludzi wyjeżdża z miasta.
wtorek, 17 sierpnia 2010
Władywostok - dzień ostatni

Piątek, 13 sierpnia. Dziś ostatni dzień podróży - jutro wracamy. Grupa chce płynąć na jedną z wysp na plażę. Ja sobie odpuszczam. Chwilowo kompletnie nie mam ochoty na jechanie czy płynięcie czymkolwiek. Nie uśmiecha mi się 2,5 godziny w jedną stronę na statku. A poza tym mam niedosyt Władywostoku i chcę się poszwędać jeszcze.

Na początek śpię, aż się wyśpię :) Potem oczywiście śniadanie. Pierwszy punkt programu - wyczytałam w przewodniku Pascala, że w piątki na placu rewolucji rozkłada się miejscowy jarmark, z lokalnymi produktami. No to lecę. A jarmarku ani śladu.

Potem - poszukiwanie kawiarni która serwowałaby dobrą kawę z ekspresu. Śniadania hotelowe są w porządku, ale kawa do kitu. W barach króluje kawa rozpuszczalna, a mi się marzy espresso...

Po jakimś czasie trafiam na bulwar Fokina, i sukces: jest jakaś sieciowa kawiarnia z espresso :)

Miałam w planie byczenie się na miejskiej plaży, ale jest pochmurno. Łażę po mieście i wchodzę do GUMu. Nie zamierzam nic kupować, ale jestem ciekawa tego obiektu. Nie jest łatwo trafić - wchodzi się przez sklep Terranova, który jest na parterze GUMu. W końcu w Terranovej widzę jakieś normalne ciuchy, czyli w takim stylu jaki mniej więcej jest w Warszawie.

W Rosji, a zwłaszcza na wschodzie, obowiązuje taki kanon: intensywny makijaż od samego rana, koniecznie wysokie obcasy, miniówa, i jakieś wzorzyste materiały, błyszczące aplikacje, dużo biżuterii. Sandałki na płaskim obcasie, czy japonki które tego lata są w Wawie bardzo popularne - są tutaj kompletnie nie na miejscu...

GUM przypomina mi trochę Dom Towarowy na Woli, kilkanaście lat temu.Ładna, żeliwna klatka schodowa, ale pomalowana obrzydliwą szarą farbą olejną. Schody marmurowe. Piękne lustra na półpiętrach. Zaduch. Na parterze świetne stoisko z pamiątkami. Wysoka jakość, duży wybór, ceny solidne, ale bez przesady. Na pierwszym piętrze, koło stoiska "towary z Germanii" jest stoisko "towary z Polszy" :)))

Potem jakiś obiad (żywię się tu głównie rybami, których jest dużo, są przepyszne i niezbyt drogie) i poobiednia sjesta.

Wieczorem oczywiście spacer po nadmorskim bulwarze.

 

Władywostok - dzień drugi

Czwartek, 12 sierpnia. Rano, na dobry początek dnia - przede wszystkim solidne śniadanie w hotelowym bufecie. Potem, koło jedenastej, jedziemy całą grupą na miejscowy bazar.

Ponieważ w sobotę wracamy do Polski, chcemy kupić ikrę oraz wędzoną rybę (jakaś miejscowa odmiana łososia, rewelacyjna). W sklepach kawioru praktycznie nie ma, a miejscowi doradzili, że najlepiej wybrać się na bazar. Dlatego jedziemy. Chcemy również poszwędać się i porównać z innymi tego rodzaju miejscami.

Na "rynek" trzeba pojechać autobusem, około 10 przystanków. Na piechotę kompletnie się nie opłaca iść, tym bardziej, że jest gorąco.

Bazar jak to bazar. Ciuchy, jedzenie, owoce. Mydło i powidło. Jest akceptowalnie czysto. Znajdujemy targ rybny i tam dajemy kupcom nieźle zarobić, bo robimy solidne zakupy. W międzyczasie obserwujemy bójkę między Rosjanami a Chińczykami. Ale sprzedawczyni nas ostrzega, że to tak "dla zabawy". Nasz pilot dodaje, że czasem tak specjalnie robią, żeby odwrócić uwagę, i ułatwić pracę kieszonkowcom. Więc mamy się na baczności.

Wracamy do hotelu i każdy spędza resztę dnia tak jak mu pasuje.

Ja idę połazić po mieście - chcę odwiedzić cerkwie i jeszcze raz pójść do portu. Po drodze wchodzę do domu towarowego, myśląc że to GUM (dopiero następnego dnia trafię do prawdziwego GUMu, ten dom towarowy to centralnyj). Z zewnątrz nic specjalnego, a w środku piękne wnętrze. Marmurowa klatka schodowa, a w środku schody ruchome i winda. Super.

Znajduję jedną cerkiew, na szukanie kolejnej nie mam siły, bo jest solidny upał. Wracając do hotelu oglądam miejscową plażę i postanawiam wybrać się na nią następnego dnia.

Czas na sjestę. A wieczorem znów idę na spacer po bulwarze. Tym razem idę trochę później, żeby załapać się na zachód słońca. Bulwar nad morzem (a tak naprawdę nad zatoką Piotra Wielkiego, morza japońskiego) wraz z bulwarem Fomkina, który z centrum doprowadza do morza, to jedno z bardziej urokliwych miejsc Władywostoku (jeśli nie jedyne). Bulwar jest dość długi, jest sporo ludzi, ale dużo mniej niż np w nadmorskich miejscowościach w Polsce. Dochodzę do końca bulwaru, czekam na zachód słońca i wracam do hotelu.

piątek, 13 sierpnia 2010
Władywostok

Środa, 11 sierpnia. Do Władywostoku dojeżdżamy około 11. W Warszawie jest 2 w nocy. Na peronie oczywiście sesja zdjęciowa przy pomniku oznaczającym koniec trasy transsiba.

Przejechaliśmy 9288 kilometrów. W drodze do hotelu oglądamy gmach dworca, zbudowanego w stylu secesji w roku 1912.

Jest gorąco, a Władywostok położony jest na wzgórzach, co oznacza że z reguły idziemy albo pod górę albo z góry.

Hotel mamy bardzo dobrze położony - przy ulicy Nabierieznej 20. Po noclegu w Porcie Bajkal i podróży wagonem obszczim, spodziewam się, że znowu będzie bardzo niski standard. Ale jesteśmy przyjemnie zaskoczeni. Luksusów nie ma, ale hotel jest w porządku. Do tego w cenie mamy śniadanie i to porządne. Zostaniemy tu na 3 noce.

Po odświeżeniu się i odpoczynku idziemy razem obejrzeć miasto, a przede wszystkim zjeść obiad. Jakieś 200 m od hotelu widzimy znajomy napis "stolowaja". Za rozsądne pieniądze jemy dobry obiad i już wiemy, że w to miejsce będziemy przychodzić jeść również w kolejne dni.

Potem przez 2 godziny łazimy razem - idziemy do portu i na główne ulice.

Potem się rozdzielamy. Niektórzy wybierają plażę, ja szwędam się po mieście, co uwielbiam, fotografuję gdy mi coś wpadnie w oko, i w międzyczasie wpadam na pół godziny do kafejki internetowej.

Potem krótki odpoczynek i wieczorny spacer po bulwarze nad morzem. Dużo ludzi, jeszcze sporo kąpiących się, stragany, bary, ale nie w przytłaczającej ilosci.

Wagon "obszczij"
Tym razem czeka nas 16 godzin jazdy w wagonie "obszczij". Na plackartnyj nie było biletów. Jest wściekle gorąco, a w wagonie 2 razy więcej ludzi niż normalnie w plackartnym (zamiast 6 osób na 6 miejsc leżących, jest teraz 12 osób).
Chabarowsk

Wtorek, 10 sierpnia. Rano około 10 wysiadamy w Chabarowsku. Pociąg do Władywostoku mamy o 19.40. Na początek prysznic i przechowalnia bagażu. Wychodzimy na miasto i zaczyna się ulewa.

Postanawiamy podjechać do centrum tramwajem - może w międzyczasie przestanie padać. Wysiadamy przy placu Lenina. Trochę zdjeć, idziemy w strone Ussuryjskiego bulwaru. Leje tak, że chowamy się w pierwszym napotkanym barze. 20 minut na mieście i jesteśmy przemoczeni. Posilamy się pizzą i kanapkami z mikrofali :( Gdy przestaje padać, idziemy prospektem w kierunku portu rzecznego nad Amurem. Przeogromne kałuże. Studzienki kompletnie nie dają sobie rady z tą ilością wody. Za to w przeciwieństwie do poprzednich miast, kierowcy zatrzymują się, gdy piesi chcą przejść przez ulicę. W międzyczasie robi się gorąco. Grupa kupuje bilety na rejs statkiem wycieczkowym po Amurze. Ja sobie odpuszczam, bo mam chwilowo dosyć pływania. W międzyczasie odwiedzam cerkiew Matki Boskiej przy placu Komsomolskim.

A potem po prostu siadam nad Amurem i kontempluję miejsce i czas, w którym jestem.

Chabarowsk jest cudny. Po Irkucku, to drugie miasto które mnie w tej podróży oczarowało.

Już całą grupą idziemy do pomnika Murawjewa i pod wieżę-pomnik ku czci orkiestry wojskowej, rozstrzelanej w czasie wojny domowej, za odmowę zagrania hymnu Boże chroń cara. W wieży jest aktualnie restauracja, ale kelner sam nas zaprasza do środka, żebyśmy z tarasu mogli zrobić zdjęcia. Cudne miejsce.

Potem przepiękną ulicą Szewczenki idziemy do placu Komsomolskiego. Stąd ruszamy główną ulicą Chabarowska: Murawjewa-Amurskiego.

Podziwiając stare i piękne kamienice, szukamy miejsca żeby coś zjeść, ale wszędzie jest drogo. Ja sobie odpuszczam szukanie knajpy. Ruszam w strone soboru .... (?) Czyli powrót do placu Komsomolskiego i stamtąd marsz w lewo, ulica Turgieniewa. Chabarowsk położony jest na wzgórzach, wiec dosyć często idzie się pod górę albo z góry. Sobór znajduje się niedaleko brzegu Amuru, i gdy sie go obejdzie, to z tyłu mozna znów podziwiać przepiękną panoramę Amuru.

Czas na powrot na dworzec. Po drodze jakieś nieduże zakupy. Ponieważ czasu nie mam za dużo, po jakimś czasie pytam przechodniów (chłopak i dziewczyna) czy daleko do dworca. I okazuje się, że pomylily mi sie prospekty i idę nie tym prowadzącym prosto na dworzec, a takim, który odchodzi w bok.

Mam 20 minut do zbiórki i kawał drogi do pokonania. Moi nowi znajomi proponują, że mnie podprowadzą do autobusu bo i tak idą w tą samą stronę. Rozmawiamy skąd jestem, dokąd jadę, dostaję na pamiatkę bransoletkę :)

Idziemy dosyć wolno, bo im się nie śpieszy. Pytam, jak można złapać taksówkę, bo wiem, że inaczej się nie wyrobię. Stają po prostu na poboczu i zaczynają łapać stopa. Wyjaśniają mi, że w Chabarowsku to szybszy i tańszy sposób niż oznakowana taksowka. Przez parę minut nic się nie zatrzymuje, i nagle - podjeżdża nowiutki, czysty, czarny, nowoczesny samochód, taki jakie lubię :)

Moi znajomi uzgadniają cenę, kierowcy dobrze patrzy z oczu, więc wsiadam. Znowu opowiadam skąd jestem, dokąd jadę i oczywiście pytam co to za samochód. Mówie że to naprawdę "priekrasnaja maszina". Okazuje się, że to najnowsza Wolga, ma przejechane tylko 200 km. Cześci amerykańskie, montowana w Rosji. Tyle zrozumiałam. Super. Kiedyś czarną wołgą straszono dzieci :)

Dojeżdżam do dworca, zabieramy rzeczy z przechowalni i idziemy na peron.

04:28, transsib2010
Link Dodaj komentarz »
Poniedziałek, 9 sierpnia

Cały dzień w pociągu. Spanie do oporu, jedzenie, rozmowy, krzyżówki. Postoje dopiero pod wieczór. Nuda, nuda, nuda.

04:02, transsib2010
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 12 sierpnia 2010
Niedziela, 8 sierpnia

Śpimy do oporu. Przespaliśmy Ulan Ude, stolicę Buriacji. Za oknem pochmurno, chwilami pada. O 16.30 zatrzymujemy się na 25 minut w miejscowości Czita- jesteśmy 6198 km od Moskwy.

Na peronie tym razem żadnych straganów, za to sporo ludzi się przesiada. Do sklepu daleko, i gdy do niego docieram, jest spora kolejka. Ale tak naprawdę niczego nie potrzebuję. Robię kilka zdjęć - dworzec i cerkiew i wracam do wagonu. Za 2 godziny postój na stacji Karymskaja.

Wieczorem biesiadujemy z grupą Rosjan. Mieszkają w Permie na Uralu i jadą do rodziny na wschód. Wysiadać będą 10 godzin przed nami. Rozmawiamy jak to zwykle - o życiu. W Polsce i w Rosji. Rosjanie (matka z przyjaciółką + syn z żoną) zaczynają śpiewać i chętnie śpiewają również te rosyjskie piosenki, które im podsuwamy. Usiłujemy się zrewanżować, śpiewając "Hej sokoły" i "Czarne oczy" ale idzie nam słabo, bo kompletnie nie jesteśmy rozśpiewani.

07:24, transsib2010
Link Dodaj komentarz »
Sobota, 7 sierpnia

W nocy zaczęło padać i deszcz towarzyszy nam praktycznie przez całą sobotę. Decydujemy się na przeprawę promem na drugi brzeg Angary do Listwjanki. Szybka pobudka i pakowanie. Nie ma co siedzieć w tej dziurze i patrzeć jak pada deszcz. Prom jest nieduży, zabiera 3-4 samochody i kilkunastu pasażerów. Wieje i solidnie pada. Gdy wysiadamy w Listwjance jesteśmy przemoczeni.W nocy zaczęło padać i deszcz towarzyszy nam praktycznie przez całą sobotę. Decydujemy się na przeprawę promem na drugi brzeg Angary do Listwjanki. Szybka pobudka i pakowanie. Nie ma co siedzieć w tej dziurze i patrzeć jak pada deszcz.

Prom jest nieduży, zabiera 3-4 samochody i kilkunastu pasażerów. Wieje i solidnie pada. Gdy wysiadamy w Listwjance jesteśmy przemoczeni. Idziemy do muzeum bajkalskiego. Potem, ponieważ cały czas leje, chcemy złapać marszrutkę do Irkucka. O 20.20 mamy pociąg do Chabarowska. Czekamy jakaś godzinę na przystanku koło muzeum. Bez skutku. Decydujemy więc że pójdziemy do centrum Listwianki na dworzec. Nie jest to daleko, ale w deszczu i z plecakami idziemy koło godziny. Na śniadanie zjadłam baton proteinowy więc idzie mi się dobrze. Idziemy poboczem szosy. Z lewej strony ochlapują nas samochody, z prawej - fale Bajkału, wzburzonego dzisiaj. Nie wiem czemu, przypomina mi się piosenka Stachury "Nie rozdziobią nas kruki". Do Irkucka docieramy ok 15. Oznacza to, że trasa z Portu Bajkal zajęła nam 4 godziny. Zostawiamy bagaże na dworcu autobusowym i idziemy na 3 godziny na miasto.

Ja idę najpierw coś zjeść (rewelacyjna soljanka oczywiście) a potem powłóczyć się po mieście i porobić ostatnie zdjęcia starym drewnianym domom.

do okręgowego muzeum krajoznawczego. Po obejrzeniu ekspozycji czas na zakupy w sklepie z pamiątkami, przy kasie muzeum. Na razie to najlepsze miejsce z pamiątkami - wybór i ceny. Dużo biżuterii z przeróżnych kamieni za sensowne ceny.

Potem jakieś zakupy na drogę i z bagażami tramwajem jedziemy na dworzec kolejowy. Przed podróżą oczywiście prysznic (100 rubli) - w pociągu spędzimy 3 noce.

Przed 20.20 lokujemy sie w pociągu. Mi za towarzystwo przypadają 3 osoby: Dania (3 lata), jego mama Jula i babcia Nina. Jadą do Bielogorska, mieszkaja w Blagoweszczenku (?), na granicy z Mongolią. Sa bardzo serdeczni, pomagają się rozlokować, częstują, a przede wszystkim sporo rozmawiamy. Oczywiście muszę opowiedzieć o trasie którą przebyliśmy :)

Potem z resztą ekipy rozpoczynamy rozmowę z 2 Azerami, braćmi. Mieszkają niedaleko Ulan Ude. Ponieważ będą wysiadać w nocy, nie możemy rozmowy odkładać do jutra. Siedzimy i gadamy. Jeden z nich nieźle mówi po angielsku i cieszy się, że może poćwiczyć rozmowę. Przełączam się więc na angielski. Rozmawiamy o życiu w Polsce i w Azerbejdżanie. Dosiada się jeszcze Ukrainiec z Doniecka. O 1 w nocy żegnam się i idę spać.

Port Bajkał

Bardzo szybko znajdujemy nocleg. Wystarczyło spytać się w sklepie z pamiątkami na dworcu. Warunki bardzo skromne. 3 osoby mają łóżka, reszta będzie spać na podłodze na karimatach. W obejściu nie ma studni, nie ma łazienki, ale jest bania :) Wodę gospodarz nosi z innego obejścia.

Idziemy się przejść - zobaczyć przede wszystkim jak Angara wpada do Bajkału. Po drugie - port. Kilkanaście zdezelowanych statków, jakieś maszyny, śmieci, rozwalające się domy. A jednak ludzie tu mieszkają. Widać, że osada umiera.

Gospodarz jest bardzo gościnny: parzy herbatę, udostępnia internet, przyrządza "pozy" (pyzy z baraniną), które mrożone kupiliśmy w sklepie, chętnie z nami rozmawia i puszcza ludową muzykę. W końcu szykuje banię.

Ale nie potrafimy zrozumieć, że młody w sumie człowiek, na poziomie, oczytany, mieszka w takich warunkach i mu to nie przeszkadza. Nie ogarnie podwórka (chwasty do pasa), nie podciągnie wody, nie ogarnie domu. Mieszka w syfie i wcale mu to nie przeszkadza.

Po kolacji idę dosłownie w kapciach, na drugą stronę torów, na pocztę, wysłać kartki do rodziny. Wylądowaliśmy na końcu świata.

Trasa Krugobajkalska

6 sierpnia, piątek. Pociąg mamy o 7. Okazuje się, że trafiamy na specjalny pociąg turystyczny - jeździ tylko w piątki, do Sludjanki, a potem do Portu Bajkał. Nie mamy biletów, ale udaje się nam załapać na przejazd. W wagonie same wycieczki. Koreańczycy oraz Rosjanie. W innych wagonach jeszcze Niemcy.

Rosjanie, a raczej Rosjanki, rozkładają jedzenie. Popijają jakieś wino domowej roboty i zaczynają śpiewać ludowe przyśpiewki. Trudno się zorientowac jaki to język (śpiewają nie tylko po rosyjsku) ale i tak fajnie posłuchać.

Zmieniamy plany. Nie wysiadamy w Sludjance, ale skorzystamy z okazji i pojedziemy do Portu Bajkał. Tym sposobem przejedziemy cała trasę krugobajkalską.

Trasa Krugobajkalska to najpóźniej wybudowany odcinek Wielkiej Transsyberyjskiej Magistrali. Ma 330 km długości i jest uważana za odcinek najpiękniejszy. Budowa tej trasy (1902-1905) była bardzo ciężka, szczególnie na odcinku Kultuk - Port Bajkał. Na każdy kilometr zużyto 1 tonę materiałów wybuchowych, żeby poprowadzić tory wzdłuż skalistego brzegu Bajkału. Na całej trasie jest 38 tuneli, z czego najdłuższy ma prawie 800 metrów długości.

Pociąg jest przewidziany wyłącznie dla turystów. Jest przewodnik, który co jakiś czas opowiada o tym co po drodze. Do tego często są dosyć długie przerwy - koło 30 minut. Pierwszy postój - w Sludjance.

Oglądamy marmurowy dworzec, cerkiew i kupujemy na peronie wędzone ryby (tym razem omule wędzone na gorąco - rewelacja), piwo i chleb. Czas na śniadanie. Pociąg jedzie 20 km/h, tory prowadzą samym brzegiem Bajkału. Dużo bardziej niż w podróży wodolotem, można zachwycić się pięknem Bajkału.

Cała podróż trwa do 18, czyli 11 godzin. Po jakimś czasie zaczyna nam się nudzić. Jest dużo postojów, można się przejść, zrobić zdjęcia. Koło 15 mamy postój 1,5 godziny. Jest czas na obiad i kąpiel w Bajkale.Ta ostatnia tylko dla najbardziej zahartowanych - temperatura wody 10 stopni. Do wody wchodzą nasi panowie oraz jeden Koreańczyk. Po jakimś czasie drugi. A na brzegu - reszta wycieczki robi im zdjęcia. Gdy Koreanczycy stają w wodzie koło naszych chłopaków, dopiero widać, jakie z Koreanczyków pokurcze :)

Na zakończenie kąpieli częstujemy Koreańczyków czosnkiem syberyjskim. Widać, że to dla nich nowy smak :) W czasie dalszej podroży trwa zacieśnianie więzów polsko-koreańskich. Jest to o tyle trudne, że Koreańczycy nie znają ani angielskiego ani rosyjskiego. Ale dajemy rade - na migi i rysując obrazki.

Jeden z naszych kolegów jest podrywany i podszczypywany przez  Koreańczyków. Mamy niezły ubaw bo Koreańczycy zachowują się śmiało i nie bardzo wiadomo jak zareagować. Na całe szczęście po jakimś czasie dają sobie spokój. Rozmowa przechodzi na koreańskie marki. Koreańczycy się dopytują jakiej marki mamy telefony. Jeden Sony, reszta Nokia. Żadnego Samsunga. Ale ktoś ma laptopa Samsunga, ktoś samochód Daewoo, wiec Koreańczycy się rozpromieniają.

Potem rozmowa schodzi na to, kto ile ma dzieci, w jakim wieku, ile mamy lat, w jakim wieku w Polsce zakłada się rodzinę a jak to jest w Korei.

Zgodnie z planem dojeżdżamy do Portu Bajkał koło 18.

środa, 11 sierpnia 2010
Irkuck

5 sierpnia, czwartek. Na miasto wychodzimy razem, koło 11. Nasz pilot oprowadza nas po mieście i pokazuje najważniejsze miejsca w Irkucku. Kościół Polski, Sobór Objawienia Pańskiego, Cerkiew Zbawiciela.

Następnie pomnik Aleksandra III, muzeum krajoznawcze oraz Cerkiew Podniesienia Krzyża.

Po 2 godzinach rozdzielamy się i przez dalszą cześć dnia każdy zwiedza miasto na własną rękę, tak jak lubi.

Ja skupiam się na fotografowaniu starych drewnianych domów, które robią na mnie największe wrażenie. Znajdujemy również miejscowe targowisko i w jego okolicy jemy przyzwoity obiad (3 dania, w tym zupa ucha) za dobra cena - tylko 140 rubli.

Potem idziemy jeszcze do Cerkwi Przemienienia Pańskiego.

Trafiamy akurat na próbę chóru, więc siadamy na chwilę w kącie na ławce, żeby posłuchać przepięknego śpiewu. Poza 2 śpiewaczkami, dyrygentem i nami, nie ma nikogo. Niestety zostajemy poproszeni o wyłączenie aparatów i wstanie. Okazuje sie że to nie próba chóru tylko msza św, odprawiana za kratą. Ewakuujemy się i idziemy obejrzeć dom Wołkońskiego.

Na wędrówkach po mieście schodzi nam cały dzień. Wieczorem wcześnie idę spać, bo następnego dnia pobudka skoro świt. Mamy pojechać do Sludjanki i potem pójść w góry, na pik Czerskiego.

Tagi: Irkuck
09:54, transsib2010
Link Dodaj komentarz »
Bajkał

4 sierpnia, środa. Rano pobudka i jedziemy do portu, wsiąść do wodolotu Rakieta 15, do Irkucka. Przez cały dzień przepłyniemy 636 km - pokonamy szerokość geograficzną jak z Kaliningradu do Pragi.

Ponieważ często męczy mnie choroba lokomocyjna, od razu biorę aviomarin i pierwsze godziny rejsu przesypiam. A potem nawiązujemy rozmowę z jednym z podróżnych. Jest z pochodzenia Buriatem, pracuje jako milicjant w Siewierobajkalsku. Częstuje nas wędzoną rybą (Omul), szampanem i kawiorem. Ryb ma cały karton. Dookoła Bajkał, góry, i do tego takie śniadanie. Żyć nie umierać. Ja w rewanżu wyciągam kabanosy z Polski. Bardzo smakują :) Czas płynie nam bardzo fajnie i ciekawie. Co jakiś czas wychodzimy na pokład porobić zdjęcia i chłonąć widoki.

Wieje solidnie i jest chłodno, nie da się więc zbyt długo na zewnątrz wytrzymać. Około 14.30 przybijamy na 5 minut do wyspy Olchon - serca Bajkału.. Kilkanaście osób wysiada, kilka wsiada.

Przy ujściu Angary, koło g. 19 przesiadamy sie do innego wodolotu, którym popłyniemy Angarą do samego Irkucka.

Na miejscu jesteśmy ok 20. Do hostelu jedziemy taksówkami, ale tym razem mamy mniej szczęścia. Wygląda na to, że taksówkarze nieźle nas naciągnęli. 300 rubli za kurs. Trudno.

Już na pierwszy rzut oka widać, że miasto ma swój styl. Dużo starych kamienic i jeszcze starszych drewnianych domów. Właśnie w jednym  z takich domów znajduje się nasz hostel. Warunki dobre, mieszkanie z klimatem.

Po krótkim odświeżeniu się, idziemy przejść się do centrum i na bulwar nad Angarą. Na bulwarze, słysząc polską mowę, podchodzi do nas kilku mężczyzn i zaczynamy rozmawiać. Jeden z nich to Polak z Lodzi, wybiera się następnego dnia samochodem do Magadanu. Jest w towarzystwie Ukraińca ze Stanisławowa i 2 Rosjan.

W drodze do domu zaliczamy sklep spożywczy w którym zaopatrujemy się w miejscowe specjały (kalmary i jakieś ryby) i inne artykuły potrzeb

ne do dobrej imprezy. W końcu następnego dnia nie musimy się rano zrywać, więc możemy trochę pobiesiadować.

 

3 sierpnia, środa

O godz. 6 rano przesiadamy się do wagonu plackartnego. Do Siewierobajkalska mamy 14 godzin jazdy. W Bracku wysiada sporo ludzi, robi się luźniej. Coraz więcej jest pasażerów o azjatyckich rysach twarzy.

Zaczyna ze mną rozmawiać jeden z podróżnych, ale ma bardzo specyficzny akcent i trudno go zrozumieć. Widać, że jest spragniony rozmowy, ale domyślanie się o co mu chodzi jest męczące. Dobrze, że jesteśmy w większej grupie, bo będzie miał z kim rozmawiać, póki nas nie zamęczy. Za oknami monotonny krajobraz - las, głównie brzozowy. Czasem widać wsie ze starymi chatami. Nie ma niestety na razie jak robić zdjęć, bo okna są okropnie brudne i do tego się nie otwierają. No i w wagonie nie ma gniazdka do prądu, więc nie można podładować akumulatora w aparacie.

 

Tak jak w poprzednie dni w pociągu: jemy, śpimy i rozmawiamy. Co jakiś czas są krótkie postoje. W Lenie mamy 30 minut, ale miasteczko ciężko rozczarowuje swoją szpetotą i brudem.

Robimy kilka zdjeć i kupujemy na straganie łagasz (chleb) i jagody - podobne do naszych, ale podłużne. Po spróbowaniu, już w wagonie, okazuje się. że są kwaśne i gorzkawe. Ale jedna z pasażerek uspokaja, że sę bardzo zdrowe, tylko potrzeba do nich cukru. Udaje mi się w końcu otworzyć okno i zrobić kilka zdjęć.

O 20 dojeżdamy do Siewierobajkalska. Taksówkami jedziemy do schroniska.

Pierwsze wrażenie i miasteczka i schroniska bardzo kiepskie. Ale gdy wchodzimy do środka, okazuje się że warunki skromne, ale do przyjęcia: jest kuchnia, łazienka i czekają na nas w końcu normalne łóżka do spania - pierwszy nocleg w łóżku od wyjazdu z domu :)

Po kolacji idziemy rozejrzeć się po mieście. Drugie wrażenie niewiele lepsze od pierwszego: bloki, domki z drewna i dykty, krowy pasące sie na trawniku :) Niby jest czysto, ale miasteczko zaniedbane, taki prowincjonalny syf.

 

 

czwartek, 05 sierpnia 2010
Krasnojarsk

Rano pobudka i wysiadamy w Krasnojarsku. Jest 9 rano czasu miejscowego i mamy czas do 16, kiedy wsiądziemy do pociągu do Siewierobajkalska. Decyduję się na samotne połażenie po mieście.

Najpierw prysznic (tu na dworcu jest specjalna strefa odpoczynku, gdzie za 118 rubli można wziąć prysznic). W drodze na miasto zatrzymuję się w Subwayu na śniadanie i kawę. Trochę pada. Potem tak jak zwykle - spacer przez centrum (w Krasnojarsku sa 3 główne ulice) oraz nad rzekę (tym razem Jenisiej).

Po drodze chcę znaleźć kawiarenkę internetową, ale jedyne miejsce z dostępem do neta to biblioteka publiczna więc sobie daruję. Potem okazało się, że net jest również na głównej poczcie.

Chciałabym obejrzeć miejscowy bazar, ale nie udaje mi się trafić na niego. Jedynie w kilku miejscach handlują owocami, warzywami i ziołami.

Prawdziwego bazaru nie widać. Po sutym obiedzie poprzedniego dnia, postanawiam się dziś ograniczć. Kupuję po prostu 2 brzoskwinie. Ale w drodze powrotnej na dworzec trafiam na bar z soljanką i nie mogę się oprzeć mojej ulubionej zupie :)

Kupuję jeszcze na straganie pomidory i suszome morele z Turkmenistanu i jestem gotowa do drogi. W kolejce przy straganie zaczyna do mnie coś mówić jedna starsza kobieta. Niezbyt rozumiem, więc jej odpowiadam, że nie znam dobrze rosyjskiego. A ona mi na to, że mowię tak płynnie po rosyjsku, że myślała, że to mój ojczysty język:) Widać zrobiłam duży postęp. Faktycznie rozmowy na potoczne tematy nie sprawiają mi problemu, a to dopiero piąty dzień podróży.

O 16 wsiadamy do pociagu do Siewierobajkalska. Pierwsze 12 godzin spędzamy w wagonie sypialnym, część z nas załapuje się na wersję "lux". Oznacza to, że dostajemy ciepły posiłek, pościel i podstawowe przybory podróżne.

Ruszam na poszukiwanie gniazdka z prądem, żeby podładować akumulator w aparacie. Podpinam się do prądu i zaczynamy rozmawiać z "prowadnicą". Pochodzi z Mołdawii, z Kiszyniowa, gdzie byłam w zeszłym roku, więc tematów nie brakuje. Rozmawiamy o życiu w Polsce, Rosji, Mołdawii i na Syberii. Opowiada mi o Tyldzie gdzie mieszka, pokazuje zdjęcia domu, męża i kotów. A ja jej opowiadam, jak dojechać z Tyldy do Paryża, bo bardzo chciałaby się tam wybrać.

Wieczorem mamy postoj w Tajszencie, ale jest ciemno i chłodno. Po kilku minutach na peronie wracam do przedziału.

Nowosybirsk

Niedziela, 1 sierpnia. Wysiadamy około 7 rano czasu lokalnego (3 w nocy w Moskwie). Przez zmiany stref czasowych i długą jazdę pociągiem kompletnie rozregulował się nam zegar biologiczny. Śpimy kiedy to tylko możliwe.

Przed pójściem na miasto prysznic (150 rubli), tym razem w hotelu dworcowym. Potem byle jakie śniadanie w barze. Podczas zostawiania bagażu w przechowalni mamy głupią scysję z babą z obsługi. Uważa, że karimata przytroczona do plecaka "eto nienormalno" i żąda oddzielnej opłaty. Nie zamierzam płacić podwójnie. Szczęśliwie jeden z kolegów ma miejsce w plecaku i chowa "nienormalne" karimaty do siebie.

Ruszamy w miasto. Plan jest prosty: spacer głównym prospektem w kierunku soboru Aleksandra Newskiego z 1898 roku, zwiedzenie soboru, potem obejrzeć przęsło starego mostu kolejowego (najcenniejszy obiekt w mieście). Most był zbudowany w latach 1893-1897, a rozebrany - w 2001.


Po drodze mijamy jeszcze zabytkową czasownicę oraz pomnik-symbol środka Rosji.

Kolejny punkt programu - rejs po O bie. Ponieważ jest niedziela, statki pływają co pół godziny. Statek zawozi nas na wyspę, gdzie możemy zostać półtorej godziny. Piękne słońce, widoki, piaszczysta plaża...

Efekt: juz po kilkunastu minutach wszyscy zasypiamy i spóźniamy się na powrót. Wracamy godzinę później, ale było super. Dzięki drzemce odzyskaliśmy siły. Po powrocie na brzeg idziemy w kierunku centrum. Główny cel: zjeść dobry obiad. Część z nas wybiera restaurację polecaną przez przewodnik Pascala: "Żyli Byli". Wystrój stylizowany na chłopską chatę. Obsługa miła, ceny akceptowalne, w menu duży wybór. Za 3 osoby razem z piwem i napiwkiem płacimy 900 rubli, więc niezbyt dużo, biorąc pod uwagę jakość i ilość jedzenia oraz miejsce.

Po południu czas na obejrzenie reszty miasta i drobne zakupy. Jakie wrażenia z Nowosybirska? Duże miasto (ok 1,5 mln mieszkańców) w którym trudno poczuć klimat. Jak dla mnie - brakuje stylu. Przestronne ulice i place, sporo zieleni, jest czysto, także w przejściach podziemnych. Ale z drugiej strony chodniki w fatalnym stanie, brudne autobusy, trudno przejść przez ulice. Piesi traktowani są przez kierowców jak swołocz która w ogóle nie powinna istnieć. Podobnie jest w innych miastach.

O 20 wsiadamy do pociągu do Krasnojarska. Pociąg jedzie z Moskwy. Jest o tyle słabo ze wszyscy mamy miejsca na górze, a pozostali pasażerowie nie wyglądają zbyt przyjaźnie  więc niespecjalnie jest gdzie usiąść. Po kolacji idziemy spać, a Ci żądni wrażeń udają sie do wagonu restauracyjnego, gdzie prawie do świtu integrują się z żołnierzami rosyjskimi.

31 lipca, sobota

Jesteśmy już w Azji. Ponieważ w ciągu dnia i tak nie ma co robić, śpimy do oporu. Potem łazienka, jakieś jedzenie i dalej spanie lub czytanie.
Krajobraz za oknami monotonny - brzozowe zagajniki naprzemian z niewielkimi osadami. Temperatura w wagonie 35 stopni wiec nie jest tragicznie.

 

Około godziny 14 postój 10 minut - Iszim. Robi się chłodniej, wydaje się, że upał mamy za sobą. W końcu jesteśmy na Syberii i najwyższy czas na temperaturę poniżej 30 stopni.

Jest koło 18. Czekamy na postój w Omsku, w którym w latach 1850-1854 Dostojewski przebywał na zesłaniu. Nie opłaca sie spać. Mam łóżko piętrowe, leżę i rozwiązuję krzyżówkę. Przychodzi "prowadnica" i zapina mi taśmy zabezpieczające przed spadnięciem z łóżka. Okazało się, że 2 wagony dalej kobieta spadła z łóżka i złamała rękę. Był dodatkowy postój, bo pogotowie zabrało ją do szpitala. Mam nadzieję, że naszą ekipę ominą takie atrakcje.

W Omsku trochę zdjęć na peronie oraz lody. Na przekąskę kupujemy suszone kalmary. Jutro czeka nas wczesna pobudka - wysiadamy w Nowosybirsku.

14:09, transsib2010
Link Dodaj komentarz »
Piątek, 30 lipca

Niestety nie mamy miejsc wszyscy razem. Ma to jednak dobra stronę - szybciej nawiązujemy kontakty ze współpasażerami. Ja mam za sąsiadów 2 dziewczyny - Lilę z Moskwy i Irminę z Tomska. Irmina jest nauczycielką angielskiego. Trzeci współtowarzysz to Artiom, z Moskwy, Pracuje jako ochroniarz.

W wagonie jest sporo nastolatków i w kolejce do toalety poznaje Ninę - ich opiekunkę. Są z Nowosybirska i wracają do domu z wycieczki po Europie - byli między innymi w Paryżu, Wiedniu i w Krakowie. Jedna z dziewczynek nawet opowiada, ze Krąków bardziej jej się podobał niż Paryż :)

Rano temperatura w wagonie: 35 stopni. W nocy było trochę chłodniej więc spało się dobrze. Zresztą ja śpię dobrze praktycznie zawsze. Po porannej "toalecie", kawie i śniadaniu, trochę rozmawiamy, potem każdy zajmuje sie sobą: drzemka, czytanie, krzyżówki, karty, zdjęcia. I tak mija nam czas do Kirowa, gdzie zatrzymujemy sie około 14.

Mamy 15 minut przerwy. Peron w Kirowie - jak to peron. Pociągi na obydwu torach, a na peronie turyści usiłujący złapać trochę cienia i świeżego powietrza. Można sie sprężyć i skoczyć do sklepu po wodę czy zimne piwo.

Albo po prostu na peronie kupić lody. W taki upał nie chce sie jeść. Poza lodami - kilka straganów z zabawkami i pluszakami, także dużymi. I o dziwo ludzie to kupują.

Jedziemy dalej. Temperatura w wagonie 42 stopni. Nikt nie narzeka, podchodzimy do warunków na spokojnie. Podroż zdecydowanie dla wytrzymałych. Połowa ludzi śpi, reszta coś podjada lub popija.

Kolejny przystanek - Baliezino. Znów 20 minut na peronie. Dużo więcej handlarzy, więcej towaru. Świetna pora na lody, które są rewelacyjne. Udaje mi się również kupić kilka pomidorów, za którymi już się stęskniłam.

Jedziemy dalej, ale jest tak gorąco, że decydujemy się pójść do wagonu restauracyjnego. Ceny wysokie, ale wagon klimatyzowany, więc warto coś zjeść i wypić, żeby przy okazji się schłodzić. Tak mija kolejna godzina.

Ostatni przystanek przed wjechaniem do Azji to Perm. Zatrzymujemy sie znów na 20 minut. Jest super, bo w końcu trochę chłodniej.

Jedziemy dalej. Mamy plan, żeby doczekać do granicy między Europą i Azją. Będzie to dopiero kolo 3.30, i dotrwają nieliczni (ja nie). W międzyczasie zasiadamy do piwka i ćwiczymy rosyjski ze współtowarzyszami. Gdy brakuje słów, pomagamy sobie po angielsku i francusku. Zaglądają do nas również dzieciaki, porozmawiać trochę. Z czasem imprezka się zmniejsza, zostają nieliczni.

Moskwa

Czwartek, 29 lipca. Na lotnisku w Szeremietiewie lądujemy o 9.20. Zadanie na początek - dojechać do dworca jarosławskiego, zostawić bagaże i zarejestrować bilety. Zajmuje nam to w sumie czas do 13. Ruszamy na miasto. Czas mamy do 21.

Przede wszystkim jest wściekle gorąco - około 40 stopni w cieniu. W słońcu trudno nawet powiedzieć. Na początek Kreml. Okazuje się, że akurat w czwartki muzeum jest zamknięte. Oglądamy więc fontanny z postaciami z rosyjskich bajek (działają tylko 2 ale i tak ciekawy akcent), załapujemy się na zmianę warty.

 

Potem - Plac Czerwony, intensywne sesje zdjęciowe, gdzie komu pasuje :) Zdjęcia niestety chwilami niezbyt wyraźne, gdyż w całej Moskwie, ze względu na pożary, jest solidny smog.

i sobór Wasyla Błogosławionego - najbardziej znany symbol Moskwy. Wstęp 200 rubli, zdjęcia 160.

 

Ponieważ jest gorąco, zwiedzanie idzie nam w zwolnionym tempie. Mamy ochotę cos zjeść i odpocząć w klimatyzowanym pomieszczeniu, więc idziemy do GUMu, bo niedaleko i budynek wart obejrzenia.

 

GUM robi naprawdę wrażenie. Wystrój, mnóstwo sklepów, galeryjek, styl, itp. Czysto i elegancko. I drogo na pewno. Niestety klimatyzacja nie daje rady i na ostatnim piętrze gdzie jemy obiad jest niewiele chłodniej niż na dworze.

Po obiedzie idziemy obejrzeć Sobór Chrystusa Zbawiciela. Wstęp wolny, zakaz fotografowania.

 

I ostatni punkt, okrojonego ze względu na czas i upał programu, Arbat. Nadkładamy sporo drogi więc na Arbat docieramy zmęczeni, jest około 19. Rozdzielamy się - jest czas na spacer, piwo (150 rubli) i kupno pamiątek. Z tym ostatnim się ograniczamy, bo to dopiero początek podroży, a plecaki wypchane.

Po mieście poruszamy się metrem. Niektóre stacje robią wrażenie. Naprawdę.

O 21 wracamy na dworzec, mając nadzieję, że przed załadowaniem się do pociągu znajdziemy łazienkę z prysznicem. Okazuje się, że nie ma czegoś takiego jak prysznic dla podróżnych. Gigantyczny dworzec, trasy dalekobieżne a pryszniców niet. Na całe szczęście nasz pilot załatwia, ze możemy skorzystać z łazienki dla matki z dzieckiem :) Tak niewiele trzeba - szybki prysznic za 150 rubli, pierwszy od 36 godzin. Następny będzie, jak dobrze pójdzie, w Nowosybirsku, czyli w niedzielę.

Chwila na ostatnie zakupy (przede wszystkim chleb i woda) i zbieramy się z poczekalni na peron.

Do tej pory wszystko przebiegało bez zakłóceń i można się było spodziewać, że jakaś wtopa prędzej czy później się wydarzy.

15 minut przed odjazdem okazuje się, że jeden z kolegów zgubił paszport. Panika, histeria, nerwowe przeszukiwanie bagażu.

Jeśli paszportu nie znajdzie - będzie musiał zostać. Zostanie z nim jego kumpel. Lecą do sklepu i pod prysznic, ale dokumentów nie ma. Jesteśmy wszyscy w szoku, że tak łatwo nasze plany mogą lec w gruzach. Do odjazdu zostaje 5 minut i paszport się znajduje, był zagrzebany głęboko w bagażu. Lecimy do pociągu i wsiadamy w ostatniej chwili.

W wagonie temperatura 38 stopni i tak będzie co najmniej do północy.

Startujemy
Z Warszawy dojeżdżam do Kętrzyna PKSem, gdzie spotyka się cała ekipa. Jedzie nas 7 osób. Pakujemy się do busa i w drogę. Cel: przejście graniczne w Bezledach i potem - lotnisko w Kalliningradzie.
 
1 , 2